Polskie zespoły jazzowe których powinieneś posłuchać

Tak się składa, że polski jazz ani na milimetr nie odbiega od światowego. Co więcej – mówi się, że u nas powstaje jeden z ciekawszych i bardziej oryginalnych! Nic dziwnego – polskie środowisko jazzowe ma się świetnie i rozwija się dobrze, godnie podtrzymując zrodzone gdzieś i kiedyś tradycje.

„Z graniem na gitarze jest jak z jebaniem – nigdy się tego nie zapomina” – tak mawiał Frank Zappa. Cytat w nawiązaniu do dzisiejszego wpisu – może trochę nieładny, może trochę wulgarny, ale za to długo się go pamięta. Dziś poznasz polskie zespoły jazzowe, o których szybko nie zapomnisz, które wgryzą się w Twój mózg i pobiegniesz do sklepu kupić płyty. Zrobię im taką reklamę, że jak tego nie zrobisz to będę rozczarowana Twoją postawą.

Jak pisałam wyżej – polski jazz rozwija się wybornie. Napisałam to dwa razy, gdybyś w razie przegapił/przegapiła poprzednie stwierdzenie. Po prostu o Ciebie dbam. Wszędzie nowe składy, nowe kolaboracje – jestem tym faktem ogromnie uradowana, czasami wręcz wniebowzięta. Generalnie jest się czym chwalić.

Przedstawiam moje ulubione polskie zespoły jazzowe, które zawiesiły poprzeczkę niesłychanie wysoko.

Niechęć (Michał Kaczorek, Maciek Szczepański, Tomasz Wielechowski, Rafał Błaszczak, Maciek Zwierzchowski)

O Niechęci poopowiadałam znajomym, niektórych zmusiłam do słuchania, inni sami zaczęli. Nic dziwnego. Muzyka jest tak oryginalna i nietuzinkowa, że nie da się obok niej przejść obojętnie. Do polskiej tradycji jazzowej dodają dużo elementów rocka i psychodelii, co daje taką mieszankę, że hej! Słuchając „Śmierci w miękkim futerku” (to pierwszy i ich, póki co, jedyny LP) ma się wrażenie, że znajdujesz się w jakimś filmie, komiksie lub śnie. Poza tym, moi drodzy, czyż to nie urocza nazwa płyty? Jestem fanką zarówno ich muzyki, nazwy i okładki płyty. Nie potrafię wskazać, którą lubię najbardziej. Myślę, że muzyka świetnie sprawdziła by się w filmie (nawet kiepskim), bo tworzy tak niepokojący, złowieszczy i apokaliptyczny nastrój, że i film by się obronił. Najlepiej słuchać w nocy albo jak jest się smutnym.

Contemporary Noise Sextet (Kuba Kapsa, Bartek Kapsa, Wojtek Jachna, Tomek Glazik, Kamil Pater, Antoni Olszewski)

Znacie uczucie zakochania? Idziesz ulicą i nagle BANG!? Prosto w łeb? Tak było u mnie z CNS. Znalazłam gdzieś płytę (spodobała mi się okładka, przyznaję!), kupiłam, odtworzyłam i padłam! Zakochałam się od pierwszego dźwięku. Przesłuchałam ją jeszcze potem milion razy utwierdzając się w przekonaniu, że jest doskonała. Bardzo dobrze się jej słucha, nawet po raz setny. Jest zróżnicowana, bardzo harmonijna, ma kilka melodii, które nie chcą wyjść z głowy. To, co Glazik robi na saksofonach to przechodzi ludzkie pojęcie! Brudne, niepokojące dźwięki dodają tam tyle smaczków! Koncertowo przedstawiają się równie zacnie.

New Bone (Tomasz Kudyk, Bartłomiej Prucnal, Dominik Wania, Maciej Adamczak, Dawid Fortuna)

Starsze płyty bardziej tradycyjnie zagrane, najnowsza zupełnie inna, ale jakże dobra! Bardzo dużo w niej lekkości, melodyjności i miejsca. Wszyscy muzycy robią to, co do nich należy – nikt nie stara się dominować. Wszystko brzmi spójnie i dobrze. Osobiście bardzo mi się podobają partie solowe, jest w nich coś ulotnego – niby zwykła solówka, ale zawsze brzmią jakoś inaczej. Osobiście jestem wielką fanką pianisty – Dominik Wania ma także swoje trio – także polecam uwadze.

A-Kineton (Irek Wojtczak, Kamil Pater, Paweł Urowski, Rafał Gorzycki)

Co tam się nie dzieje?! Ta czwórka potrafi totalnie rozwalić wszystko. Włącz to głośniej – sąsiedzi oszaleją, włącz to w nocy – sam oszalejesz. Nie ma co się rozpisywać – trzeba posłuchać. „Dziki Jazz” to płyta, która na długo zostaje w głowie i w uszach.

Piotr Schmidt Electric Group (Piotr Schmidt, Tomasz Bura, Michał Kapczuk, Sebastian Kuchczyński)

Fajne, nowe, inne. Do jazzu elektronicznego zawsze podchodzę z dystansem. Boję się usłyszeć tępego bitu albo jakieś zapętlonego saksofonu. Poznałam ich w wersji koncertowej i spodobali mi się. Bardzo nowoczesne, ale wiedzą też, jak zagrać prawdziwy jazz. Melodie są czasami proste jak z gameboya, ale jest to tak zgrabnie wplecione, że nie jest kiczowate, śmieszne czy głupie. Często też zahaczają o funk, co bardzo mi się podoba. Panowie są maksymalnie utalentowani i widać, że to, co robią daje im satysfakcję. Duże propsy za błyskotliwego frontmana, który czyni z trąbki świetny instrument wiodący.

Mogłabym tak dalej, ale High 5 zobowiązuje. Kolejne części wkrótce.